Relacje z podróży

Odcinek Drugi - Iran

Farsi na ,Lachistan!

Najpierw znaleźliśmy się w Teheranie. Ogromne, obce miasto, przeraźliwie głośne, wypełnione napisami w perskim alfabecie i przechodniami o ciekawych spojrzeniach. Nic dziwnego, że wzbudzaliśmy ciekawość – dwójka turystów z wielkimi plecakami  w europejskich strojach, Paweł z mapa Iranu w dłoni, ja z zagubionym wzrokiem. Nie mieliśmy mapy tego miasta, nie mieliśmy jedzenia, nie mieliśmy gotówki. I …nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że nasza karta kredytowa jest w Iranie niepotrzebna, a raczej bezużyteczna, bo żaden bank jej nie przyjmie… Tak dowiedzieliśmy się co realnie oznacza “embargo” nałożone na Iran przez Stany Zjednoczone. Oczywiście,  czeki American Express tez nie miały w banku czego szukać. Moj telefon komórkowy nie działał…A potem napięcie rosło… ;-)

Nasza podróż  po Iranie pełna była niespodziewanych zdarzeń, czasem wywołujących wzrost adrenaliny, by chwile później przybrać bardziej przyjazne barwy.

Staliśmy tak wiec na placu Wolności w Tehranie, gdy nasza sytuacje odmienił internetowy znajomy i Pawła telefon.. Siec Plusa na szczęście tam działała, a Reza napisał :” Pokażcie taksówkarzowi ten adres, czekam tu na Was, ja zapłacę.” Radość z uzyskania pomocy mieszała się w nas z  obawą jak z naszego skromnego budżetu oddamy za podroż taksówką przez pół miasta -  I to miasta  o kilkudziesięciokilometrowej średnicy. Tak przyszła do nas kolejna lekcja, ze w Iranie paliwo jest bajecznie tanie, wiec taksówki też kosztuje grosze. Na szczęście.

Ciemną stroną paliwowego raju jest smog. Koszmarne zanieczyszczenie, tak potworne, że latem radiowe komunikaty polecają starszym ludziom i zawałowcom nie wychodzić z domu szkoły zamykają drzwi przed dziećmi. Samochody na ulicach nie pozwalają zapomnieć o słowie “embargo” – te sprowadzone wiele lat temu jeżdżą resztka sił, nowe wyprodukowane zostały w Iranie.

Kilka dni spędzonych w Teheranie pozwala nam się oswoić z innością. Nieoceniona jest pomoc polskiego konsulatu w przekazaniu pieniędzy, ambasada Pakistanu, wydaje nam wizę do swojego kraju. Konsul na wieść, ze studiowałam psychologie daje nam adres mailowy i prosi o przysłanie wrażeń z jego kraju. Sami jesteśmy ciekawi jakie będą. Na razie jednak Iran. Uczymy się przechodzić przez ulice w dowolnie wybranym miejscu, bo nikt tu nie używa pasów, przestajemy reagować na wszechobecne klaksony. Ja kupuje miejscowy strój -  i tak dobrze wtapiam się w tłum, że bazarowi sprzedawcy długo zachwalają towary po persku nim zaskoczę ich polskim pytaniem o cenę: Irani na? Farsi na?” – pytają. “Na.Lechistani” – odpowiadam.  Czemu  akurat “Lechistan” nie wiemy. Podobno zawsze tak tu Polskę nazywali; innej nazwy nie znają.. Dla swojego języka maja jednak dwie nazwy ”farsi” czyli perski i “irani” - od nowej nazwy kraju, przyjętej w 1935 roku. Zresztą, Persowie z duma mówią o tym, że przeżyli wiele najazdów, ale zachowali swoja odrębność kultury i języka. Odrębność przede wszystkim od Arabów – tę podkreślają najbardziej. Iran jest tez jedynym na świecie krajem szyickim, w pozostałych krajach muzułmańskich wyznaje się sunnizm. Bez wdawania się  w  opisy religii, powiem tylko,  że zauważalne i najważniejsze,  dla nas odwiedzających, różnice są dwie: Szyici modlą  się 3 (nie 5) razy dziennie i częściej poza meczetami. Meczetów jest tu wiec miej niż w Turcji, ale za to jakie! Imam Square w Isfahanie to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam! Cały plac otoczony pałacami i meczetami. Zachwycający rozmach i godna podziwu precyzja. Wszystko idealnie dopracowane. Niezwykle wrażenie robi też meczet dla kobiet. Zbudowany na przeciwko pałacu ”królowej” i połączony w nim tunelem, oświetlony jest tylko przez okna w suficie – tak by nikt nie mógł widzieć modlących się kobiet….

Właśnie!  Kobiety w Iranie! Temat, który musi się pojawić. Jak to jest? Przed wjazdem do tego kraju wiedzieliśmy tylko, że kobieta musi mieć zasłonięte włosy (jako symbol seksualności) i nosić ubranie o długości  co najmniej do połowy uda. W czasie miesięcznego pobytu w Iranie zobaczyliśmy, że wariacja zwyczajów w obrębie tych nakazów jest ogromna. Młode dziewczyny w Teheranie wiele różniły się od spacerujących Warszawianek – tylko mała kolorowa chustka osłaniająca ledwo pół głowy, czasem wyróżniały się wyjątkowo wyzywającym makijażem. Od znajomych w Teheranie dowiedziałam się, że w domu chustkę można zdjąć. Jednak juz w następnym domu, w którym zostaliśmy ugoszczeni (w Esfahanie) było zupełnie inaczej. Zaproszeni zostaliśmy przez ojca rodziny, którego spotkaliśmy łapiąc stopa. Niewiele mówił po angielsku, ale miał złote serce i przemiłą rodzinę. Wszystkie jego córki, a także żona i teściowa nosiły czadory (materiał osłaniający cala postać od głowy do stop),także w domu. Na powitanie starsza pani podała Pawłowi rękę,,, przez materiał. Chcąc respektować miejscowe zwyczaje przywykłam, że i ja cały czas jestem w chustce, choć czasem mówiono mi że mogę ją zdjąć. Dopiero w kolejnym gościnnym domu  ( w Shiraz) poznałam pełne zasady – kobieta może odsłonić włosy tylko w przed ojcem, mężem lub bratem - nigdy obcym mężczyzną. Dlatego czasem chustki znikały z głów równo z tym jak Paweł wychodził z pokoju J. Bez chustek było chłodniej,  co w tym klimacie ma wielkie znaczenie. Ja, jako nie muzułmanka, mogłam chodzić w domu z odkryta głową, jednak z reguły postępowałam jak Iranki, szczególnie gdy przyszło nam nocować w kawalerskim domu….

Nauczyłam się także nie podawać mężczyznom ręki, pozostawiać Pawłowi rozmowy z kierowcami. Regułą  było, że zwracali się do niego, dopiero po jakimś czasie ośmielając się odezwać do mnie.

Do metra i autobusów miejskich wsiadaliśmy z Pawłem oddzielnie. Ja do części z napisem “women only” odznaczającej się milszym zapachem. To miejsce dla kobiet było dla nich zarezerwowane, jeśli jednak chciały mogły usiąść gdzie indziej razem z mężem. Nigdzie nie było tabliczek “Men only” w tym wypadku nie  można więc mówić o dyskryminacji kobiet.

Opowiadając o zwyczajach, napomknęłam o gościnnych dla nas domach. Były niesamowite! Zapraszali nas kierowcy, przechodnie, przewodnicy, współzwiedzający. Ta gościnność mogła pochodzić z powodów religijnych (maksyma “Gość w dom, Bóg  w dom” nie zna barier kulturowych) i ogromnej ciekawości. Najbardziej zaskoczeni byliśmy, gdy na progu restauracyjki podeszła do mnie dziewczyna i bez słowa wstępu zapytała po angielsku: “czy chcecie iść do mojego domu?” Nie mogliśmy odmówić, a przy obiedzie chętnie odpowiedzieliśmy na tysiące pytań studentki medycyny. To było w Bam – mieście, gdzie jeszcze 4 lata temu podziwiano ogromna twierdze zbudowana z glinianych cegieł wypalonych na słońcu. Dziś twierdza jest zrujnowana. Całe miasto próbuje powstać z gruzów po ogromnym trzęsieniu ziemi z 2003 roku. Jadąc tam nie wyobrażaliśmy sobie jak całe miasto może zniknąć pozostawiając po sobie tylko dziury w ziemi. A przecież minęły juz ponad trzy lata…

Zanim dojechaliśmy do Bam zwiedziliśmy jednak jeszcze mnóstwo ciekawych miejsc: ogromne ruiny stolicy perskiego imperium kolo miasta Shiraz, wiele pięknych ogrodów, pałaców, meczetów. Stara cześć miasta Yazd, zbudowana z gliny i słomy, twierdzę Rayen – jakby miniaturę tej z Bam.

Duże wrażenie zrobiła na nas wizyta na południu kraju. Najpierw Bander Abbas – duże  miasto portowe, mieszanka kultur. Na ulicy można spotkać kobiety jak z Hollywood i mężczyzn o afrykańskich twarzach. Najciekawsze są lokalne stroje – kobiet w szerokich spodniach, zakończonych obejmującym kostkę kolorowym paskiem, często połyskującym zlotem, na twarzach maja maski! W rożnych barwach – czasem zakrywające tylko okolice oczu, niekiedy obejmujące kształt nosa, a nawet i brody, często zdobione cekinami, nie wiemy jakie dokładnie znaczenie maja maski, a kobiety noszące je unikają aparatu jak ognia, a poproszone zdecydowanie odmawiają pozowania do zdjęcia. Nie chcąc zrobić mi przykrości  (chwile wcześniej zjedliśmy razem obiad) przysyłają  do fotografii dzieci. Może kobiecie przynosi to wstyd lub nieszczęście…Zachowujemy obrazy w pamięci.

Z Bander Abbas płyniemy na wyspę Qesh zobaczyć dżungle w wodzie. Już sam dojazd tam to przygoda. Skoro Iranczycy jeżdżą jak szaleni to jak pływają? 40 minut morderczego pędu na niestabilnej łupince nie pozostawia złudzeń…Juz wiemy czemu zagadnięty o drogę żołnierz polecił nam płynąć promem.

Na wyspie chcemy zobaczyć biologiczny ewenement  -20 000 hektarów lasu w morzu. Te drzewa dzięki specjalnemu mechanizmowi osmozy potrafią filtrować do swych komórek słodką wodę z morskiej. Zazdrościmy im czekając kilka godzin na przypływ. Jest wściekle gorąco, a przecież to jeszcze zima (luty),na wyspie nie widzieliśmy żadnego naturalnego źródła wody. Wcześniej od miejscowego gospodarza dowiedzieliśmy się, że ten rok jest świetny ale wcześniej przez 7 lat nie było deszczu…

Podróżując na wschód przejeżdżaliśmy przez miejsca, gdzie nie ma go nigdy. Kompletna pustynia. Miedzy miastami Bam a Zahedan widzimy tylko piasek, przez 300 kilometrów. Czasem wydaje mi się, że widzę jezioro i już wiem jak wygląda fatamorgana. Niesamowite jak wzrok może łudzić. Prawdziwe sa za to oazy, co wyglądają jak z bajki – nagle w środku niczego kilka palm i pasący się osiołek…Cieszymy się, ze podróżujemy ciężarówka, a nie na osiołku, bo nie znając terenu łatwo się zgubić, wszędzie tylko piasek. Ostrzegano nas zresztą, że to królestwo przemytników, że w dzisiejszych czasach karawany przewożą narkotyki i lepiej ich nie widzieć.

Ostrzegano nas także przed miastem Zahedan. W drodze przez turecki Kurdystan  I Iran przyzwyczailiśmy się do ludzi z karabinami, gdy jednak na widzimy dziesięciu uzbrojonych mężczyzn obstawiających jedno rondo w głowie zapala się czerwona lampka – dziś nie śpimy w namiocie. Szczęśliwie, przed zmrokiem znajdujemy tani “hotelik”. Zostawiamy plecaki w pokoju i idziemy do recepcji odebrać paszporty, żeby pójść do kafejki internetowej. Siedzący tam człowiek nie oddaje nam dokumentów od razu. Sięga po telefon i karze  czekać. “Dzwoniłem na policję – wyjaśnia zaraz będzie eskorta” Rzeczywiście, policjanci wiozą nas do kafejki, odbierają po godzinie, idą z nami do sklepu po jedzenie… Poważnie nas zastanawia co skłania ich do takiej opieki. Możliwe, że to przez złodziei. Nie odradzają nam jednak wycieczki do miasta Zabol. Urzekli nas spotkani po drodze Afganie o wielkich brodach i błyszczących oczach. Przy samej granicy w mieście Zabol mamy nadzieje spotkać ich więcej. Przy okazji oglądamy też niewielkie ruiny Kuh-a-Khajeh. Dwa tysiące lat temu była tu rzeka, teraz woda jest tylko w lecie i nikt tu nie mieszka. Czasem tylko strażnik zostaje na noc – tak jak dziś gdy postanowił ugościć dwójkę polskich turystów. Spędzamy miły wieczór nad słownikiem angielsko-irańskim. Rano doświadczamy, że trzy osoby na skuterze, to nie szaleństwo, lecz potrzeba chwili (Irańczycy jeżdżą tak ciągle).My chcemy zobaczyć wielbłądy! Jedziemy tak więc 2 km, gdzie jest wielkie stado. Przecudne, parskające, o grubej sierści. Stary pasterz krzywi się gdy słyszy, ze ja też chce usiąść na wielbłądzie, ale w końcu się zgadza.. Nabieramy ochoty na wielbłądzi rajd. Niestety,  kończy się nasza wiza, czas na nas. Z poznanym wczoraj miłym małżeństwem zwiedzamy Zabol i Zahedan. Kiedy odwożą nas na wylotówkę   natychmiast przechwytuje nas policja. Nie musimy dziś łapać stopa. Ostatnie 90 km irańskiej drogi pokonujemy z policyjna eskortą. Miło, ze nas odwieźli.

Iran zapamiętamy jako  kraj paradoksów i różnorodności. Wielości w zwyczajach, strojach, zachowaniach. Nagłych zwrotów akcji- spotkań z taksówkarzami-naciągaczami i cudownie gościnnymi ludźmi. Nasz przyjaciel z Teheranu powiedział nam na początku – my tu w Iranie potrafimy współistnieć z chaosem, nic nie jest jedno i pewne raz na zawsze. To uczy myśleć i weryfikować na bieżąco, zamiast podążać za stereotypem. Uwielbiam tę irańską różnorodność.

 

Odcinek Pierwszy - Turcja

Turkiya Cuk Guzel!


Minął juz ponad miesiąc odkąd udaliśmy się z Pawłem w nasza podroż. Tak wiele się zdarzyło, że trudno o tym pisać. Każdy dzień jest nowym wyzwaniem, nową niespodzianką. Gdzie dziś  dotrzemy, kogo dziś spotkamy, gdzie będziemy spać, czy będzie ciepło? Masa pytań zadawanych codziennie, ale przede wszystkim pewność, którą mamy każdego dnia: jedziemy dalej. Chcemy jeszcze tyle zobaczyć!

Z warszawy wyjechaliśmy 27 grudnia. Był mróz, poświąteczna atmosfera. Zbliżał się nowy rok. Powitaliśmy go jeszcze w Polsce wśród przyjaciół, by 2 stycznia wyruszyć na dobre. (i na złe;-) Juz pierwsza noc okazała się dobrym, budującym doświadczeniem -  dookoła śnieg, zima, a u nas jednak ognisko i wszystko jest dobrze.

W ciągu kilku dni udało nam się dotrzeć do Turcji. Przejechaliśmy autostopem przez Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię spotykając fantastycznych ludzi i przyjazne reakcje na nasz plan podróży. W każdym kraju słyszeliśmy tez jak wiele jest tam do zobaczenia i postanawialiśmy, że trzeba tu będzie wrócić. Tylko juz kiedy indziej i może...latem.

W Turcji obowiązkowo zwiedziliśmy Istambuł - ogromne miasto oszałamiające wszystkim - swoim ogromem, swoim hałasem, swoim kolorytem. Krzyki ludzi naganiających do swoich knajpek, zachwalających towary, wołających do autobusu. Do tego oczywiście klaksony. Pięć razy dziennie rozlega się bardziej dostojny glos - nawołujący do modlitwy. Dziś jednak juz nikt nie wspina się na wieżę- głos dobiega z głośnika. Istambuł jest trochę jak wizytówka, a może raczej jak zapowiedz Turcji - wszystko skondensowane w jednym miejscu: wielkie budowle, piękne meczety, ogromne bazary, słynne tureckie hamamy, przygotowane w historycznych budynkach specjalnie dla turystów. Już Stambuł nas oczarował, a przecież droga przez sama Turcje jest tak samo długa jak nasza droga z warszawy do Istambułu...

Wyruszyliśmy więc dalej, by odwiedzić Bursę i zmierzyć się z ośnieżoną Ulug Dagi. W drodze z Bursy do Izmiru spotkaliśmy się po raz pierwszy z cudowna turecką gościnnością  -panowie którzy mieli nas podwieźć do następnego miasteczka postanowili pokazać nam swoje miejsce i swoja cześć kraju. Pojechaliśmy więc do niewielkiej miejscowości Yenikoy,  przepięknie położonej nad brzegiem morza Marmara. Po drodze dowiedzieliśmy się ze w Turcji „hodowane” są niedźwiedzie - w ogromnym parku mieszka ich kilkadziesiąt i stamtąd gdy dorosną wędrują po całej Europie zasiedlając miejscowe ogrody zoologiczne. Tego wieczoru doświadczyliśmy też  jak doskonale są tureckie krewetki i jak pyszne ryby łowi nasz turecki przyjaciel. Ali próbował także nauczyć nas tureckich pieśni, które zachwyciły nas do głębi, lecz niestety polegliśmy przy nauce tekstów (powiedzenie o tureckim kazaniu nie wzięło się znikąd).

Mimo, że język trudny postanowiliśmy nauczyć się jak najwięcej, szczególnie, że wiele osób zabierających nas na stopa nie znało żadnego języka poza swym ojczystym. Z  dnia na dzień nasz turecki stawał się więc coraz lepszy, a Turcja coraz bardziej swojska. Miło było przyzwyczajać się do tego, że napotkani ludzie chętnie opowiadają nam o swoim kraju, zapraszają na herbatę, lub (tak jak pan ze zdjęcia z Ataturkiem) na obiad.

Osoba Ataturka to w Turcji wielka historia. Ten szanowany wojownik o niepodległość Turcji (rówieśnik naszego nie tak powszechnie czczonego juz  Piłsudskiego)to bardzo ważna postać dla współczesnych Turków, w dalszym ciągu jego zdjęcie znajduje się w każdej restauracji, każdym biurze, a jego orędzie do młodych rozpoczyna tureckie podręczniki. Ogólnie, wydaje się ze poczucie patriotyzmu jest u Turków ogromne. Wszyscy mężczyźni niezależnie od tego czy studiują spędzają rok w służbie wojskowej i nie spotkaliśmy jeszcze takiego, który wypowiedział by się na ten temat inaczej niż, że to jest dobre i potrzebne ich krajowi.

Mniej jednoznaczne są ich uczucia w stosunku do Europy. Można usłyszeć głosy, że Turcja wielkimi krokami dąży do Unii Europejskiej,  jak też i takie ze Turcja jest przecież w Azji i do Europy niesamowicie jej daleko, i w ogóle tam nie chce.
Poglądy na temat stosunków turecko-europejskich zmieniają się w miarę jak przemieszczamy się na wschód. Na razie dotarliśmy do Izmiru. To też wielkie miasto. Muszę przyznać, że zaskoczyło nas jak duże są tureckie aglomeracje - obydwoje wychowani w Warszawie uważaliśmy ją za wielką stolicę. Teraz kolejno trafiamy do miast zamieszkanych przez 3,4 czy nawet, jak w Stambule -  9 milionów ludzi. To niesamowite!

W Izmirze postanowiliśmy więc odwiedzić tylko zamek Kadifekale ze wspaniałą panoramą miasta i ...jak się okazało wspaniałą atmosferą. Ruiny są ogólno dostępne, bez opłaty za wstęp.  Co więcej, w obrębie murów stoją huśtawki, chłopcy grają w piłkę – widać,  że to miejsce żyje swoim życiem - trochę prawdziwym, trochę dla turystów. Tam też udało nam się  spróbować gorącego kurdyjskiego chleba.Tak, nie bez powodu napisałam kurdyjskiego, a nie tureckiego. W naszej dalszej podróży na wschód już niedługo mieliśmy wjechać do Kurdystanu. O tym jeszcze za chwilę.

Po drodze czekały na nas jeszcze wspaniale wapienne tarasy Pamukkale i ruiny Hierapolis. Trudno powiedzieć, która część tego wielkiego muzeum na wolnym powietrzu była bardziej fascynująca - obie cudowne!
Tu też po raz pierwszy doceniliśmy podróżowanie po Turcji zimą. Tarasy, które znałam ze zdjęć jako zatłoczone miejsca dziś czekały tylko na nas, kusząc błękitna woda znacznie cieplejsza od powietrza.
Dopiero później dowiedzieliśmy się ze jednak tu sezon trwa cały rok, a osławione wycieczki  obwieszone aparatami są nie japońskie, lecz...koreańskie!  W Pamukkale większość restauracji opatrzonych jest koreańska flaga informującą, że można tam dostać menu w tym języku. W sezonie letnim nasz kraj jest tam jednak również licznie reprezentowany - na dźwięk słowa „polonya” pada odzew: dzień dobry, zapraszam, pyszny kebab...

Typowo turystycznym szlakiem podążyliśmy dalej do Antalyi. Powitaliśmy z radością  gorące słońce, palmy, morze, plaże i ... (juz z mniejszym zachwytem) atmosferę kurortu. Trafiliśmy do centrum plażowo-dyskotekowego, królestwa hoteli i restauracji. Cudowne miejsce na cieple wakacje i ... Koszmar dla autostopowiczów z cienkim portfelem szukających miejsca na rozbicie namiotu. Poradziliśmy sobie jednak zasiedlając najnowszy hotel w Antalyi ;-) tak nowy ze jeszcze w budowie. Miejsce całkiem mile, a widok wspaniały! Rano mieliśmy wiec blisko na plażę, co Paweł wykorzystał z radością biorąc kąpiel w Morzu Śródziemnym, u stop dostojnych gór.

Po tym krótkim relaksie ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Muszę  przyznać, że mimo ze zdarzało mi się juz widzieć rożne turystyczne miejsca wybrzeże Turcji na odcinku Antalya - Alanya mnie zaszokowało. Hotele wyrosły tam tak gęsto, jak tylko było to możliwe i wciąż powstają nowe. W końcu trudno się dziwić - miejsce piękne, lato zawsze gorące, pyszne jedzenie i przyjaźni ludzie - krotko mówiąc: Turkiya cuk guzel! Co znaczy - Turcja jest bardzo piękna. To najważniejsze zdanie,  którego się tu nauczyliśmy, bo każda rozmowa w autostopie rozpoczyna się od pytania; Turkiya guzel? Tak więc odpowiadamy ze bardzo i na następne pytanie, że Polska tez piękna, ale Turcja o wiele większa! To bardzo Turków cieszy, że taka duża i taka ładna :-)

Żeby nacieszyć się wspaniałymi widokami opuszczamy wybrzeże (kolo Silifke już urwiste bez plaż) i udajemy się na północ do Karaman i do Kapadocji. Kadadokja... O tym miejscu powiedziano juz tak wiele, że nie musze chyba nic dodawać. Może poza tym, że my naszą wycieczkę rozpoczęliśmy nie od Goreme i muzeum lecz z drugiej strony wąwozu, gdzie korzystając z samotności mogliśmy eksplorować stare domy wydrążone w miękkich powulkanicznych skalach i zastanawiając się jak wyglądało to miasto gdy jeszcze miało mieszkańców. Pomysł zamieszkania w skale bardzo mi się  spodobał, jednak ze względu na wieczorny przymrozek zdecydowaliśmy się przenocować w naszym sprawdzonym, mniej przewiewnym namiocie.
W okolicach Kapadocji kryła się, a  może raczej eksponowała kolejna wielka dla nas atrakcja - Erciyes Dagi - 3916m. W Kayseri, gdzie zatrzymaliśmy się u znajomych czekały na nas mila i smutna niespodzianka - mila, bo nasz przyjaciel doskonale zna te górę i mógłby nam służyć za przewodnika, smutna, bo w terminie gdy my tam byliśmy wypożyczenie sprzętu potrzebnego na zdobycie góry (raki i czekan) było absolutnie niemożliwe. Musieliśmy się wiec zadowolić dojściem na 3400m, do miejsca gdzie rozpoczyna się porządną wspinaczką. Mimo wszystko, było pięknie, a dla nas - jak dotąd zdobywców karpackich szczytów - i tak było to wysoko.

Wkraczanie w górskie rejony miało jednak swoja cenę. Wąskie kręte drogi z Kayseri w kierunku Diyarbakir zamieniły się w ślizgawki, widoczność była praktycznie żadna. Mróz trzaskał i wszyscy, którzy mogli zostali w domu. My zostaliśmy na malej stacyjce benzynowej w środku niczego. Całe szczęście  ze pracownicy stacji pozwolili nam się ogrzać i przeschnąć już myśleliśmy ze poprosimy ich o nocleg, gdy okazało się ze jednak ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś... Bez względu na pogodę nasza droga mknął wóz pocztowy. Z tym mknął może przesadziłam. Jechaliśmy przez cala noc ze średnia prędkością 20 km\godz. Atmosfera jak z horroru drogi, we mgle tyko zarysy samochodów zatrzymujących się na poboczu. Nie rozumiałam dlaczego nie chcą jechać dalej do czasu gdy sami przy tej zniewalającej prędkości obróciliśmy się  o 180 stopni, by zatrzymać sie dokładnie na skraju drogi. cale szczęście ze się zatrzymaliśmy....

Jak się okazało był to dopiero początek naszej trudnej wyprawy na Nemrut Dagi, żeby dostać się do podnóża góry, na której szczycie wybudowano wielkie posagi musieliśmy przeprawić się promem przez Eufrat. Najlepiej na jakimś samochodzie. A samochody jeździły równie często jak prom - czyli raz na dwie godziny. w miejscowości oddalonej o 24 km od szczytu Nemrut dowiedzieliśmy się ze nie ma szans by iść na gore - śnieg po pas - mówili miejscowi. Z uśmiechem odpowiadaliśmy, że nie boimy się śniegu i ruszyliśmy na gore. Na szczęście 10 km udało nam się przebyć wojskowa ciężarówką. wojskowi byli bardzo mili, ale nasz plan skomentowali krotko: you are crazy, my wyżej nie jedziemy. nikt nie jechał, bo droga była cala w zaspach. My po przejściu paru kilometrów zdecydowaliśmy się na nocleg, by rano ruszyć juz bez plecaków, szybko na gore. nie była to mila noc: -10 czy 15 stopni, z trudem rozgrzewająca się kuchenka, rano zamiast wody bryły lodu. To jednak jeszcze nic. Zmartwiła nas tylko mgła. Front atmosferyczny, z którego wyjechaliśmy pocztobusem znalazł nas tutaj, w najmniej pożądanym momencie. Tak udało nam się znaleźć miejsce, gdzie nie docierają zima koreańscy turyści, nie dociera zima wojskowy patrol i gdzie niestety nie dotarliśmy także my. Szkoda. Ale podobno w każdym miejscu warto mieć do czego wrócić. Na nas czeka Nemrut Dagi.

Wspomniałam o wojskowym patrolu - może to być zadziwiające czemu miałby on jechać na górę. Jedyną odpowiedzią jest chyba to ze wojsko upodobało sobie stacjonowanie w tym rejonie. Dowódca jednostki, który zaprosił nas na czaj i przekąskę, gdy zeszliśmy z góry powiedział, że to miejsce jak każde inne. Że to przypadek ze stacjonują akurat tu, że Kurdowie są, częścią tureckiego społeczeństwa prowadzącego dialog. Hmm...czemu w takim razie grupy młodych mężczyzn przechadzających się w mundurach z karabinami stwarzają wrażenie jak demonstracja siły, pokaz dominacji. Może to tylko moje wrażenie. Może to przypadek ze to wrażenie podzielają mieszkańcy, którzy mówią, że z wojskiem nie ma problemu, ale jest ono wszędzie. Dokładnie wszędzie...W całym Kurdystanie. Odkąd wyjechaliśmy z Kayseri nie spotkaliśmy już nikogo kto przedstawiłby się nam jako Turek. To kraina Kurdów, narodu mówiącego swoim językiem, mającego swoja kulturę i zwyczaje. Kurdów można spotkać w całej Turcji, mieszkają w małych skupiskach w każdym mieście, w Kurdystanie nie mieszka nikt inny. Kierowcy kolejnych ciężarówek opowiadają nam gdzie mieszkają ludzie ich nacji - Syria, Iran, Irak, Turcja. Mówią, że czekają, aż przyjdzie ich dzień, aż w krajach na które podzielona jest ich ziemia przyjdzie demokracja i ludzie będą mogli mówić swoimi językami, uczyć się ich w szkołach, być sobą. Z radością przyjmują opowieść o tym jak Polska przetrwała zabory i rozdzielenie, by znów stać się suwerennym państwem. Dla nas tez przyjdzie taka chwila  -  mówią. Słysząc jak podobne są losy naszych narodów przyjmują nas jak braci, z otwartymi ramionami, zresztą nie tylko wtedy. O ile turecka gościnność była wielka, gościnność kurdyjska jest wprost ogromna. Na tych ziemiach prawie nie zdarza nam się rozkładać namiotu, ani jeść samotnie posiłku - jesteście naszymi gośćmi, bądźcie naszymi przyjaciółmi -  mówią. Wzrusza ich też nasz tryb życia - podobny do Nomadów, żyjących w drodze bez domu, a także wywodzących się z tych rejonów. Pod Nemrut Dagi także nocowaliśmy u kurdyjskiej rodziny, próbując porozumieć się mieszanka naszych języków. A może zresztą to nie słowa były najważniejsze, lecz ciepło, z którym nas przyjęli.

Mniej szczęścia towarzyszyło nam następnego dnia w drodze powrotnej przez Eufrat. Promy tego dnia były puste, za wyjątkiem busików, których usługi nas nie interesowały. Zdesperowani i zmarznięci ruszyliśmy piechotą. Po dziesięciu kilometrach zaczęliśmy się rozglądać za przytulnym kawałkiem śniegu na nocleg i wtedy zatrzymała się ciężarówka - trzech panów w kabinie i stado krów na pace. Bez szans -  pomyśleliśmy. Pasażerowie ciężarówki myśleli inaczej - plecaki przywiązaliśmy nad krówkami, a my (w piątkę) usiedliśmy z przodu. Niemożliwe? Przecież w Turcji wszystko jest możliwe, w końcu Turkiya - no problem, Turkiya - cuk guzel!